Rzeki tylko dla turystyki i rekreacji?Drukuj

Rzeki tylko dla turystyki i rekreacji?Polska ma być skansenem

Czy najbardziej ekologiczny ze wszystkich transport, jakim jest żegluga śródlądowa, może napotykać na opór środowisk ekologicznych, które czynią wszystko, aby przypadkiem się u nas nie rozwinął? Jest to możliwe właśnie w Polsce, gdzie niektóre środowiska ekologiczne cieszy wręcz informacja, że Unia Europejska zablokowała nam fundusze m.in. na przywrócenie dawnej świetności Odrzańskiej Drodze Wodnej.

„Komisja Europejska odrzuciła forsowane przez Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej zmiany w Programie Operacyjnym Infrastruktura i Środowisko! Pozornie nieznaczne zmiany brzmienia jego zapisów otwierały możliwości finansowania inwestycji przekształcających nasze rzeki w kanały żeglowne. Organizacje skupione w Koalicji Ratujmy Rzeki protestowały przeciwko zamierzeniom ministerstwa, podnosząc, że takie inwestycje prowadziłyby do dalszej dewastacji polskiego dziedzictwa przyrodniczego. Na szczęście nie udało się odkręcić kurka z unijnymi pieniędzmi na inwestycje dewastujące polskie rzeki.

Zmiany Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko forsowane przez Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej zostały odrzucone przez Komisję Europejską. Zgodnie z postulatem Koalicji Ratujmy Rzeki fundusze UE nie będą wspierać rozwoju śródlądowych dróg wodnych do klasy IV i V”. Taki komunikat usłyszeli 22 maja we Wrocławiu uczestnicy posiedzenia Komitetu Monitorującego PO IiŚ - czytamy wpis z 25 maja br. zamieszczony na stronie internetowej Koalicji Ratujmy Rzeki, która ostro krytykuje plany ich przekształcenia w kanały żeglugowe.

Według Koalicji Ratujmy Rzeki rozwój masowej żeglugi towarowej na rzekach Polski jest nieracjonalny z powodów ekonomicznych i ekologicznych. Koalicjanci są zgodni, że inwestowanie miliardów złotych środków budżetowych i wspólnotowych na nieefektywną ekonomicznie i szkodliwą środowiskowo budowę śródlądowych dróg wodnych jest nieuzasadnione. W szczególności wobec znacznego potencjału przewozowego polskich kolei, gotowych do przejęcia nowych ładunków i niegenerujących istotnych, negatywnych skutków dla środowiska. Opowiadają się natomiast za rozwojem żeglugi opartej na zasadzie „dostosowywanie łodzi do rzek”, takiej, która służy turystyce i rekreacji, a więc jest szansą dla odrzańskich i wiślanych gmin.

Zachodnie standardy

Warto przypomnieć, że w Europie rzeki wykorzystywane są do transportu w 13 krajach, a na cztery z nich (Holandię, Niemcy, Belgię i Francję) przypada 94 proc. wszystkich przewozów. W Holandii to drugi najważniejszy rodzaj transportu - po drogowym. Niemcy wożą barkami więcej niż wszystkie polskie pociągi. Z największego w Europie portu morskiego Rotterdam wywozi się transportem rzecznym 34 proc. towarów, a ma on wzrosnąć w ciągu kilku lat do 40 proc.

Transport drogowy to najbardziej szkodliwy dla środowiska rodzaj transportu w przeliczeniu na jednostkę (1 tonę lub 1 pasażera). Łącznie pociąga on tzw. koszty zewnętrzne (w środowisku naturalnym, wypadkach i hałasie), wynoszące 2 eurocenty/1 tonokilometr, podczas gdy kolej - 0,8 eurocenta, a barki - niecałe 0,3 eurocenta. Należałoby więc przypuszczać, że ekolodzy będą całym sercem popierać rozwój żeglugi śródlądowej w naszym kraju. Ratyfikując międzynarodową konwencję AGN, Polska zobowiązała się dostosować najważniejsze drogi wodne do klas międzynarodowych, licząc w zamian na współfinansowanie inwestycji. Udrożnienie Odry to wydatek blisko 20 mld zł, a dolnej Wisły 30 mld zł.

Rada kontruje

- To my rzeki ratujemy. Oni je niszczą. Chciałbym tym ekologistom, bo tak ich nazywam, „pogratulować”. Oni mienią się być ekspertami w dziedzinie żeglugi i dróg wodnych, nie mając żadnego, poza czysto teoretycznym, doświadczenia praktycznego w tym zakresie. To nawet my nie jesteśmy ekspertami, choć od kilkudziesięciu lat pływamy po rzekach całej Europy. Nasi oponenci mogliby skorzystać z naszej pomocy, ale oni tego nie chcą. Wielokrotnie się z nimi spotykaliśmy, ale poziom zacietrzewienia i arogancji w ich przypadku jest porażający.

Jako obywatel RP jestem głęboko zaniepokojony tego typu postawami. My, bywając w Brukseli, Strasburgu, Luksemburgu i wielu innych miejscach, zawsze przedstawialiśmy nasz kraj w pozytywnym świetle. Szkoda, że inni mają z tym problem - mówi kapitan żeglugi śródlądowej Czesław Szarek, prezes Zarządu Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Żeglugi Śródlądowej i Dróg Wodnych „Rada Kapitanów Żeglugi Śródlądowej”. Przypomina, że jest to elitarne stowarzyszenie, zrzeszające wyłącznie doświadczonych i legitymujących się patentem kapitana ludzi związanych z żeglugą i spedycją śródlądową, szkolnictwem żeglugowym, administracją oraz gospodarką wodną. Rada Kapitanów przyjęła za główny cel przywrócenie właściwego stanu naszym drogom wodnym, chroniąc je przed całkowitą degradacją. Rada wspiera i propaguje wszelkie ogólnokrajowe i lokalne działania mające na celu odrodzenie transportu wodnego. Niegdyś dobrze w Polsce rozwiniętego, a upadającego z powodu wieloletnich zaniedbań.

- Chcemy też czynnie uczestniczyć w obradach, pracach oraz decyzjach rad dorzeczy i innych gremiów decydujących o polityce wodnej i transportowej państwa, aby stanowić naturalną przeciwwagę dla radykalnych poglądów środowisk, które zdominowały polską gospodarkę wodną. Będziemy przeciwstawiać się zakusom całkowitego wyrugowania żeglugi śródlądowej z polskich dróg wodnych. Jest to bowiem ze wszech miar nowoczesny, bezpieczny i nie generujący zanieczyszczeń oraz hałasu rodzaj przewozu towarów - przekonuje kapitan Czesław Szarek, członek Komitetu Sterującego przy Ministrze Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej ds. Inwestycji na Śródlądowych Drogach Wodnych. To właśnie ów komitet opiniuje zasadność różnych projektów i daje zielone światło do ich realizacji.

Komu to przeszkadza?

Jego zdaniem w całej Europie na zachód od Odry nowoczesna flota towarowa odciąża drogi i szlaki kolejowe, pozostając w harmonii z wymienionymi rodzajami przewozów i tworząc sieć tzw. multimodalnych połączeń.

- Kilometr bardzo dobrej drogi wodnej, wliczając koszty utrzymania, kosztuje mniej niż kilometr autostrady, a przy autostradzie nikt nie chce mieszkać! Nad wodą zaś prawie każdy - tłumaczy kapitan, który deklaruje walkę o interesy naszego kraju w instytucjach unijnych.

- Decyzje urzędników brukselskich nie są w tym przypadku ostateczne i zmieniają się tak często jak pogoda w Brukseli. Wiem coś o tym, bo często tam bywam za swoje prywatne pieniądze. Jesteśmy o to w miarę spokojni, natomiast nie możemy być bierni. Już dziś deklaruję podjęcie pewnych kroków w kierunku uporządkowania zarówno sposobu myślenia, jak i działań wspomnianych wcześniej środowisk - mówi kapitan Szarek, dodając, że ich postępowanie może niekorzystnie wpłynąć na sytuację inwestorów, którzy już angażują swoje środki w budowę infrastruktury śródlądowej. Przykładem może być spółka budująca kozielski port, którego los uzależniony jest przecież od modernizacji Odrzańskiej Drogi Wodnej.

- Kłania się tutaj polityka międzynarodowa i to w układzie międzymorza. Chodzi o połączenie pomiędzy Bałtykiem a Adriatykiem. Te wszystkie państwa w Europie Środkowo-Wschodniej skupiają teraz swoją uwagę na polskich działaniach, bo skoro ten korytarz ma 1600 km, a z tego połowę, czyli 800 km, stanowi Odra, to znaczy, że jesteśmy tu kluczowym ogniwem. Komuś to chyba bardzo przeszkadza, że chcemy się rozwijać i tworzyć tę niezwykle potrzebną i strategiczną z naszego punktu widzenia infrastrukturę - kończy Czesław Szarek.

Wszędzie, tylko nie u nas

Po co nam żegluga śródlądowa i barki pływające po polskich rzekach, skoro pływają one po Renie, Dunaju i Sekwanie. Zróbmy z Polski skansen Europy ku uciesze ekologów. Na Zachodzie bez większych przeszkód pobudowano drogi, koleje, porty, zmodernizowano szlaki żeglowne, ale gdy to samo chce uczynić Polska, ktoś - zgodnie z przyjętą tradycją - próbuje wsadzić kij w szprychy.

Zastanawia mnie to wybiórcze podejście niektórych ekologów do spraw ochrony środowiska. Nie słyszałem o ich masowych protestach, gdy w całym kraju wybuchały i nadal wybuchają dziesiątki pożarów składowisk i wysypisk śmieci. Przecież w ich wyniku do atmosfery trafiają ogromne ilości groźnych dla naszego zdrowia i życia substancji. Pomijam już fakt pewnej bierności tych środowisk względem porażającego wręcz problemu zwożenia do naszego kraju gigantycznych ilości toksycznych odpadów z zagranicy. Wśród nich nie brakuje chociażby beczek z trującymi odpadami medycznymi i chemicznymi. Stajemy się śmietnikiem Europy i - o dziwo - nikomu to zbytnio nie przeszkadza. Jakoś nie słyszałem, by obrońcy przyrody przypinali się linami i łańcuchami do ogrodzeń tych składowisk, które są przecież tykającymi bombami ekologicznymi, a mamy ich w Polsce setki, jak nie tysiące.

Nie grzmieli też i nie demonstrowali pod gdańskim magistratem, gdy przez wiele dni do Bałtyku wpływały ogromne ilości ścieków z tamtejszej oczyszczalni. Proszę mi wierzyć, takimi przykładami mogę sypać jak z rękawa. To tylko potwierdza tezę, że stopień wrażliwości przyrodniczej i zakres aktywności ekologów wobec tych, którzy degradują środowisko, jest w dużym stopniu uzależniony od tego, kto truje. W pewnych okolicznościach ich bohaterstwo i ostrze miecza ulegają nagle stępieniu.

8 czerwca miałem okazję rozmawiać z zastępcą prezesa Wód Polskich ds. Ochrony przed Powodzią i Suszą Krzysztofem Wosiem. Poinformowałem go o apelu, jaki Rada Miasta Kędzierzyna-Koźla skierowała do premiera RP w sprawie dokończenia budowy wałów przeciwpowodziowych w naszym mieście. Przy okazji dowiedziałem się, że jest absolwentem kozielskiej Żeglugi. Podczas rozmowy przedstawiłem mu nasz lokalny punkt widzenia. Przyznał wprawdzie, że możliwości finansowe Wód Polskich są ograniczone, ale obiecał, że bardzo uważnie przyjrzy się problemowi bezpieczeństwa przeciwpowodziowego Kędzierzyna-Koźla i postara się nam pomóc.

Tymczasem już 20 czerwca w Słubicach Koalicja Ratujmy Rzeki oraz Deutschen Naturschutzrings (DNR) e.V. zapraszają na konferencję ekspercką polsko-niemiecką pn. „Przyjazna środowisku ochrona przeciwpowodziowa na rzece Odrze”. Ufam, że na konferencji tej nie pojawią się głosy, że budowa wałów przeciwpowodziowych, polderów i zbiorników retencyjnych przynosi nam więcej szkód niż pożytku. Chciałbym bowiem, żeby podobnie jak na Zachodzie, także i u nas zbudowano taki system zabezpieczeń przeciwpowodziowych, dzięki któremu ludzie nie będą co kilkanaście lat tracić dorobku swojego życia.

Nie chcę słyszeć argumentów, że po co nam wały i zbiorniki retencyjne, skoro mają je już sąsiedzi Polski. My też - podobnie jak mieszkańcy krajów Europy Zachodniej - chcemy żyć godnie i bezpiecznie. Chcemy, żeby Polska przynajmniej zbliżyła się do zachodnich standardów, jeśli chodzi o potencjał gospodarczy, rozwój żeglugi śródlądowej i bezpieczeństwo przeciwpowodziowe. Mamy do tego pełne prawo, bo przecież nie jesteśmy „gorszym sortem” ani obywatelami drugiej kategorii w UE. Prawda, drodzy Ekolodzy?

Andrzej KOPACKI
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
470,436 unikalne wizyty